Doskonale rosnąca wydajność pracy w Polsce stanowi powód do wielkiej radości. Gdy jednak zagłębimy się nieco w dane, okazuje się, że sytuacja wcale nie wygląda tak różowo. Czyli dokładnie jak w znanym w dowcipie. Znacie go?…

– Jak jest?

– Dobrze.

– A tak w dwóch słowach?

– Nie dobrze…

Jak to jest możliwe? Sytuacja jest dosyć prosta do wytłumaczenia. W prawdzie w latach 1993 – 2016 PKB Polski wzrosło o prawie 240%, to jednak przewaga najmocniejszych gospodarek albo zmniejszyła się nieznacznie (jak na przykład Niemiec i Japonii) albo wręcz wzrosła (Irlandii o około dwóch razy).  Według danych OECD z 2014 roku wartość produktów wytworzonych w ciągu jednej godziny pracy w Luksemburgu wynosiła 90 dolarów, w Norwegii 80, a w Belgii 70. Polska w tym zestawieniu zajmuje 6 miejsce od końca z wynikiem 30 dolarów na godzinę. Ostatnia pozycja należy do Meksyku (20 dolarów). Nasuwa się oczywiste pytanie; dlaczego tak się dzieje?

Czy Norweski pracownik macha łopatą ponad dwa razy szybciej niż Polski? Oczywiście, że nie. Norweski robotnik używa koparki, albo w ogóle nie kopie rowu, bo stało się to czynnością zupełnie zbędną. Naturalnie jest to olbrzymie uproszczenie, obrazujące jednak zmianę sposobu myślenia w biznesie. Aż się prosi powtórzyć za Apple – „Think different”. Producent „jabłuszek” doskonale na tym wyszedł.

Polska stoi przed olbrzymią szansą rozwoju. Jednak tak jak na początku procesu transformacji przedsiębiorstwa mogły się dynamicznie rozwijać dzięki usprawnieniu zarządzania, niskim kosztom pracy i wysokiej podaży stosunkowo dobrze wykwalifikowanych pracowników, tak obecnie to już nie wystarcza. Od kilku lat obserwujemy rosnący popyt na pracowników, bezrobocie osiągnęło najniższe historyczne poziomy, a w ostatnim roku płace wzrosły o około 7 procent. Zgodnie z raportem McKinsey z 2015 roku, tylko aby utrzymać obecne tempo wzrostu gospodarczego, gospodarki powinny podnieść efektywność działania o około 80%.

Będzie to konieczne, aby zrównoważyć spadki zatrudnienia, które wynikają z obserwowanych przemian demograficznych. Skoro zaś jako społeczeństwo chcemy dogonić kraje zachodnie, to  musimy się rozwijać jeszcze szybciej. Czy jest to w ogóle możliwe? Wydaje się że tak. Naszą szansą jest digitalizacja i rewolucja przemysłowa 4.0.

McKinsey w kolejnym swoim raporcie z 2018 roku twierdzi, że przy obecnie dostępnych technologiach, PKB Polski może wzrosnąć o dodatkowe 15% do końca 2030 roku. Oznacza to średnioroczny dodatkowy wzrost o ponad 1 procent. Do automatyzacji nadaje się zaś 49% ogólnego czasu pracy, który obejmuje głównie powtarzalne czynności zarówno fizyczne, jak i umysłowe. O ile automatyzacja pracy fizycznej oznacza często wykorzystanie stosunkowo kosztownych robotów, to przy pracy umysłowej trudności natury finansowej są bez porównania mniejsze.

Koszty wdrożenia niejednokrotnie zwracają się już w okresie jednego roku. Dobrym przykładem jest powszechne we wszystkich firmach przetwarzanie dokumentów.

Proces ten obejmuje wiele czynności zarówno fizycznych jak i umysłowych (klasyfikacja, wynotowanie/wprowadzenie odpowiednich danych) i może trwać wiele dni. W tym czasie dokument wędruje od recepcji albo innego odbiorcy do właściwego adresata, aby ostatecznie zostać zarchiwizowanym lub ponownie wydrukowanym. Już sama automatyczna klasyfikacja dokumentów połączona z ekstrakcją danych niesłychanie przyspiesza procesy wewnętrzne przedsiębiorstwa i równocześnie wyzwala oszczędności nie tylko polegające na odzyskaniu cennego czasu zaangażowanych osób (nierzadko specjalistów), ale również tak nieoczywiste jak związane z uproszczeniem zagadnień dotyczących przechowywania dokumentów. Najlepsze organizacje potrafią w ten sposób skrócić czas obsługi dokumentów z 8 dni do 4 godzin.

Czy przedsiębiorstwa muszą iść drogą digitalizacji? Oczywiście, że nie muszą. Wiele firm wciąż ma się bardzo dobrze i zwiększa sprzedaż bez wprowadzania zmian. Jednak świat nie czeka i jeżeli nie pójdziemy razem z nim drogą transformacji cyfrowej, to różnice w rozwoju będą się powiększały i spowodują, że przewaga konkurencyjna naszej gospodarki będzie się zmniejszać, a przepaść technologiczna rozrośnie się do rozmiarów uniemożliwiających komunikowanie się z liderami.

Pytanie co się stanie z tymi świetnie prosperującymi firmami, które doskonale sobie radziły i nie potrzebowały się zmieniać? Cóż… Wyginą jak dinozaury. One sobie kiedyś też świetnie radziły.

P.S. Nasunęła mi się refleksja z nieco innego obszaru. Czy firmy muszą stosować Social Selling. Naturalnie, że nie. Ale czy wyjdzie im to na zdrowie? Nie sądzę. Więcej na ten temat w jednym z kolejnych wpisów.

Dodaj komentarz